Euro 2008-06-12 23:24:45

R. wrócił z meczu Polska:Austria. Okazuje swą wrażliwą naturę roniąc łzy, krzycząc na Szelmę, jedząc lody (jak widać jesteśmy ze sobą długo i przejmuje już moje sposoby walki ze stresem). Ja rozumiem, nie nie będę kłamać, nie rozumiem. 22 spoconych facetów biega po boisku, kopie piłkę i golenie przeciwników, potem piłka wpada do siatki, wszyscy się obmacują, krzyczą, tańczą... a nie, był spalony....co to do cholery jest spalony? W "Podkręć jak Beckham" było to tłumaczone przy użyciu ketchupu, musztardy i sosu Worchester, nie rozumiem, nigdy nie próbowałam sosu Worchester (nie mam nawet pewności, czy tak się to pisze ;) )
Polacy zremisowali 1:1. Myślałam, ze to niezły  wynik (z kim to kiedyś przegrali 5:0?) ale rozpacz na twarzy R. wskazuje na coś innego, tłumaczy mi coś o tabelach, o punktach... nie rozumiem. Nauczyłam się gramatyki starocerkiewnosłowiańskiej, tłumaczyłam Marka Aureliusza z oryginału, potrafię debatować nad teoriami Freuda, pisać artykuły naukowe przechodzące recenzje... ale nie potrafię skumać idei mistrzostw, igrzysk, olimpiad. Nie kumam emocji sportowych, fali patriotyzmu przelewającej się wrzaskiem w gardłach, nie kręci mnie łopot flag czy śpiewanie hymnu... Nie kumam tego, ale trwam przy R., taka rola dobrej kobiety - trwać przy swoim mężczyźnie nawet gdy ten zdje się balansować na granicy obłędu. Ale spokojnie, wkrótce będzie po Euro, dla nas to może nawet szybciej ten koniec nastąpi (na tyle się orientuję) i mój mężczyzna będzie potrzebował dużo czułości, zbieram się w sobie by sprostać temu zadaniu. A wpis ten dedykuję Leo Beenhakkerowi, dawcy nadziei, gdyby nie on R. nie zawiódłby się tak dziś, ale też nie żyłby nadzieją  przez ostatnie miesiace - coś za coś. Ale tak to już jest, bramka jest okrągła a piłki sa dwie ;)

skomentuj (1)

Kiedy kobieta staje się macicą? 2008-06-12 23:02:02

Od dwóch lat jestem mężatką, co sprawia, że wielu postronnych i ledwo znających mnie ludzi czuje się upoważnionymi do zapytania „no i jak tam, kiedy dzieci?” Zupełnie, jakby to był mój obowiązek rozmnożyć się, rozpączkować bo obrączka na palcu przypieczętowała mój los. Moja niechęć do posiadania potomstwa to oczywiście efekt mego egoizmu, karierowiczostwa, hedonizmu etc. Aha i braku właściwego, moralnego kręgosłupa – katolickiego rzecz jasna, bo przecież tylko ten jest właściwy, co więcej – tylko ten pozwala stać ponad prawem (jak ostatnio wszyscy się przekonaliśmy).

Dwa lata temu spóźniał mi się okres. Kupiłam test. Trzy dni nosiłam go w torebce nim odważyłam się nasikać na znacznik. Każda sekunda wydłużała się w nieskończoność. Kiedy wreszcie zaczęły się pojawiać kreski (nie krzyżyk jak u Juno J ) płakałam ze szczęścia – zanim nie naszły mnie wątpliwości, czy ja dobrze pamiętam instrukcję? Może zresztą widzę to co chcę widzieć? Czytam raz jeszcze ulotkę, wszystko się zgadza. Uff. Nie mam pasożyta.

Bo widzicie, ja nie mam za grosz instynktu macierzyńskiego, dzieci mieć nie chcę, mój mąż podziela tę opinię. Nie mam też prawa jazdy – wiem, że nie byłabym dobrym kierowcą, mam złe poczucie orientacji, fobię komunikacyjną, mylę prawą ręką i lewą, nie widzę więc powodu by z uporem maniaka siadać za kółkiem, tylko dlatego, że panuje ogólne przekonanie, że „prawo jazdy jest w życiu niezbędne” i tylko dlatego, że mój ojciec naciska na naukę jazdy niemal tak intensywnie jak na wnuka.

Jeżeli wiem, że nie nadaję się na kierowcę – nie zostaję nim, nie daje w łapę egzaminatorowi (jestem pewna, że tylko w ten sposób zaliczyłabym plac) i co? Czy ktoś oskarża mnie o egoizm, hedonizm, karierowiczostwo – o moralnym kręgosłupie nie wspominając? Nie, oczywiście nie, to moje prawo, ktoś nawet pochwali mnie za odpowiedzialne podejście do życia – wszak nie będę stwarzać zagrożeń na drodze, jedna piratkę drogowa mniej, nieszczęsne dziateczki spokojnie mogą przechodzić przez ulicę, bo ja jadę autobusem czy tramwajem.

Dlaczego więc, skoro pozwala mi się decydować o tym czy mieć prawo jazdy czy nie, kto ma zostać prezydentem (nigdy nie udało się wygrać temu, na którego głosowałam, ale zawsze pozostaje mi złudzenie, że wybieram swój los), w referendum mogę decydować o przyszłości Europy… a jednak pojawienie się kilku zlepionych komórek powstałych w wyniku moich radosnych igraszek z małżonkiem (bardzo hedonistycznych i zupełnie nie zakładających konsekwencji w postaci dzieciny przedłużającej nasze drzewa genetyczne) dla większości obywateli (wedle niezupełnie dla mnie wiarygodnych statystyk, ale niech tam – kłamstwo powtarzane po wielokroć staje się prawdą, na tym opiera się statystyka) samo w sobie jest powodem do ubezwłasnowolnienia mnie, jak to ma miejsce w przypadku 14 latki z Lublina, Alicji Tysiąc i wielu innych kobiet. W którym momencie moje prawa stają się mniej ważne od praw zlepka komórek, niewiele różniących się od jajeczka, które co miesiąc bezużyteczne wypływa ze mnie z krwią? W którym momencie to one podpadają pod klientelę rzecznika praw obywatelskich, a nie ja? Jak to się dzieje, że w tym kraju dzień przed jajeczkowaniem kobieta jest człowiekiem z pełnią praw obywatelskich a dwa dni po nim (jeśli zażyła odrobiny przyjemności, albo – co gorsze – została zmuszona do stosunku, na który ochoty nie miała) staje się nagle macicą otoczoną organami, które mają za jedyny swój cel utrzymywać macicę – kolebkę nowego życia – w dobrym stanie, pozbawioną prawa głosu? Nie chodzi tylko o prawo do aborcji, choć w tych przypadkach rozdźwięk między prawem jednostki do samostanowienia a pomysłami grupy jest największy, ale nawet o ciążę jako taką –zwłaszcza kiedy stanie się ona widoczna (stygmat, nie ma co się oszukiwać, rośnie w oczach). Moja przyjaciółka, szczęśliwa mama 3 letniego Brunona, mówiła mi jak nienawidziła obcych i znajomych kobiet, które czuły się upoważnione do dotykania jej brzucha (czy też witania maleństwa), mówienia co jej wolno a co nie, jak powinna się odżywiać, gdzie nie powinno jej być… Czy istoty ludzkie aż takiego mają jobla na punkcie rozmnażania? Czy chodzi tylko o owe legendarne przyszłe emerytury i przyrost naturalny?

W debacie wokół ciąży 14 latki (nota bene, sex z dziewczynką w tym wieku jest przestępstwem, nie powinno być ważne ile lat ma ojciec!) w Kropce nad i pani Teresa Król w kółko mówiła o dziecku. Którym? W czym lepsze jest dziecko (czy to nie nadużycie w odniesieniu do kilkunastu komórek?) w macicy od dziecka, które tą niewielką zapewne macicę posiada? Ci którzy pogardliwie zapominają o dziewczynce zapominają o dziecku, któremu należy się opieka, którą odłączono od matki, którą poddaje się presji społecznej, zastrasza, manipuluje, szkaluje. Niedawno pisał ktoś o polskiej Juno, dziewczynie, która urodziła dziecko, które skazane było chorobą na nie przeżycie. Nie zdecydowałabym się na taki heroizm, ale szanuję jej decyzję, choć przyniosła on dla niej tak bolesne konsekwencje. Szanuję i rozumiem decyzję 14 letniej dziewczynki, która nie powinna być w ciąży – bo nie powinna uprawiać seksu, nie powinna być do niego zmuszana, nie powinna być teraz zmuszana do tego, by nosić w sobie owoc gwałtu czy przedwczesnego seksu, który tak czy inaczej nosi znamiona przestępstwa. Ale dla większości Polaków (znowu przeklęte statystyki) dziewczynka, która przed nieszczęsnym jajeczkowaniem była jeszcze dzieckiem dziś jest tylko macicą otoczoną narządami ułatwiającymi macicy inkubowanie dzieciny – jedynego dziecka w tym pakiecie.

Mam nadzieję, że sprawa 14latki zakończy się pomyślnie, że prawa dziewczynki będą uszanowane, że przestanie się szkalować matkę, dziewczynkę, że ukarani będą ci, którzy złamali tajemnicę lekarską, ujawnili dane osobowe, próbują zaszczuć i wpłynąć na decyzję, lub przeciągnąć sprawę ponad miarę, aż do końca magicznego pierwszego trymestru, kiedy prawo do legalnej aborcji wygaśnie. Mam nadzieję, że takie sytuacje nie będą już się zdarzać, że łatwiej będzie iść pod adres podany w ogłoszeniu „Aaa wywoływanie miesiączki” niż do państwowego szpitala, gdzie lekarze etyką tłumaczą łamanie prawa.

 

skomentuj (8)

fenomenologia systemu 2008-05-27 18:33:30

A jednak B. powraca, mielę ten temat w sobie jak na żarnach, mielę na mak drobny by zrozumieć, jak tego dokonał, jak zdołał zamanipulować tak moją, ale przecież nie tylko moją psychiką... Jak zdołał spowadzić to wszystko do czegoś osobistego, obarczonego poczuciem winy, wyrzutem sumienia, przyusem poświęcenia. Bo gdybym to była tylko ja... ale jest też J., jest Wiera, nie jest bezpieczny nikt, kto jest dośc blisko, by okręcić go macką, wyssać energię.
Zachwyca mnie Pola, a jej słodką naiwnością: ale to nie powinno być tak, ale co mu do tego, po prostu odchodzisz.
Ale Pola nie jest złagrowana, ona ma jeszcze czystą, kobaltową duszę wolnego człowieka.
Ja, odkąd szarpnęłam kajdany, widzę na powrót dwie rzeczywistości - tu i tam. To co tu (czyli w świecie zewnętrznym - piszę to w domu) jest normą i oczywistością, tam jest nieosiągalną ideą,  to co tam jest normą, tu - w jasnym świetle dnia jest patologią. Chciałabym poznać mechanizm, który mnie złagrował, przejrzeć go, by nigdy więcej nie dać się nań nabrać, ale na razie nie widzę dość ostro. Może wciąż za blisko, może trudno opisać szklany klosz, gdy się pod nim siedzi - widzę nad sobą potężną, szklaną kopułę z grubego szkła, nie wierząc, że mogę ją stłuc, a przecież z zewnątrz to szklanka, którą tak łatwo słuc uderzając nią o podłogę.
Na razie nie porafię opisać fenomenologii obozu, zasad systemowych indoktrynacji, ale z czasem... Inny świat nie powstał w łagrze, ale później, gdy Herling okrzepł już po wyzwoleniu. Nie żebym przymierzała się do arcydzieła, to raczej terapia...
Pola, Wiera i ja, siedząc pod kloszem (choć Pola raczej dla towarzystwa, niż z musu) jesteśmy jak trzy gracje, dumające nad tym jaki ma być nastepny krok. To dobrze, jednak nie do końca nas zlagrowali, skoro widzimy cień szansy na koniec odsiadki... A na koniec B. w mojej interpretacji ;)


skomentuj (4)

Kariera surrealistyczna 2008-05-26 22:11:55

R. chodzi na rozmowy, powoli rozdzwania się telefon, oferty się pojawiają - nieśmiało i lekko, ale witamy je z radością. Staramy się nie tracić humoru, odnajdywać jaśniejszą stronę - ja z tym raczej nie mam kłopotu, ale R... Dio! Idziemy ul. Mickiewicza, park po prawo, słońce całuje nasze twarze, wiatr przywiewa zapach bzu i zapowiedź jasminów, szum pszczół uwijających się nad kwiatami... Uśmiecham się i zwalniam kroku, by jak najwięcej tego wszystkiego wchłonąć.
- Cholera, zauważyłaś te meszki, już się pojawiły -  głos R. nie pozostawia wątpliwości, że nie odbiera rzeczywistości równie euforycznie.
- Nie nie zauważyłam
- Pogryzły mnie - trze kark, ktory rzeczywiście robi się czerwony.
Idziemy dalej, park przy placu Rapackiego wchłania nas w swój mszysty cień. Uwielbiam japońskie wiśnie z ich różowymi kiśćmi kwieca, jak małe druchny ubrane w sukieneczki-ptysie, tiulowe koszmarki ze snu cukiernika. Ławki zachęcają do tego by usiąść, poczytać, porozmawiać.
- Widziałaś, znowu ktoś połamał ławkę, mówiłem ci, że deski budzą w ludziach agresję, po prostu muszą ją połamać.
Wychodzimy z cienia, ścieżka opada, schodzimy ze wzgórza - jak w filmie "o człowieku, który wszedł na wzgórze a zszedł z góry" (czy odwrotnie?). Macham Piłsudskiemu, któy w tym jasnym świetle wygląda jeszcze bardziej na dobrodusznego dziadka, pilnującego czy wnuk nie robi sobie krzywdy w piaskownicy. Jedna z niewielu rzeczy, któe doceniam w pracy urzędu miasta - szerokie klomby obrośnięte kolorowymi kwiatami, układające się w barwną mozajkę.
- Zanim mi powiesz, że cholerne gołębie zasrały chodnik spójrz na te kwiaty, ładne, co?
- No, ładne, czy ty myślisz że ja jestem malkontentem?
- Tak, ja widze kwiaty ty zasrany chodnik, albo meszki
- No tak, masz rację, ja tak jakoś marudzę...
Ale widać Collin z "Tajemniczego ogrodu" czasem dogaduje się z Pollyanną ;)
Szczytem i niejako ukoronowaniem dnia był epizod z domem pogrzebowym.
Szliśmy w trójkę, ja, R. i Pola, dobry obiad, ładna pogoda. Nagle, w witrynie mijanego domu pogrzebowego ogłoszenie - kierowcę żałobnika przyjmę. Zażartowałam, że świetna fucha. R. wszedł. Stałyśmy z Polą na chodniku dusząc się ze śmiechu, a R. nie wychodził, mijały minuty a on dalej był tam i rozmawiał z właścicielem. Po chwili wychodzi  tym swoim powalającym, californijskim uśmiechem:
- Mogą mnie zatrudnić z miejsca, jedyne wymaganie to prawko kategorii B. Fajnie co? Co ty na to?
- cool - odpowadam i tym razem to on widzi więcej plusów i jasną stronę ;)

skomentuj (1)

czeskie szczęście, czeski film 2008-05-22 22:59:31

Czym jest szczęście? Obowiązuje paradygamat hedonistyczny - dążyć do szczęścia, bo ono jest najważniejsza, szukać go, dbać o nie, nie wypuścić z rąk, gdy tylko uchwyci się rąbek jego szaty.
Dobrze, ale czym ono jest? Czy nie jest najbardziej nieostrym pojęciem, a jednoczesnie najbardziej wyeksploatowanym w naszej hedonistycznej, szalonej cywilizacji?
Ostatnio przeżywam fascynację filmem "Szczęście", czeskim filmem, trochę komedią, trochę dramatem, nieostrym i trudnym do określenia, bo tak prawdziwym i do życia podobnym, że nie da się go ująć jednym słowem. I może to przez ten słodko-gorzki film zastanawiam się nad tym szczęściem i tym, czym ono jest, czym chcę by ono było dla mnie - bo to przecież subiektywne i niezbyt uniwersalne, co szczęściem dla ciebie, dla mnie torturą...
Według wzorców i kategorii akceptowanych przez większość, w tym pewnie wielu z moich znajomych, bliskich, rodzinę, moja sytuacja jest opłakana, brak mieszkania, brak pracy (to o R.), brak finansowych perspektyw, choroba. A jednak jestem szczęśliwa, nie nie upajam się, nie jestem w euforii, ale jestem na swój słodko-gorzki sposób szczęśliwa, właśnie jak bohaterowie czeskiego "Szczęścia".
Moje szczęście to małe chwile z bliskimi i przyjaciółmi, to ułamki piękna, okruchy radości, to błogość poranka, piosenka chwytająca za serce, czułość i poczucie, że nadal mogę sobie spojrzeć w twarz.
To wspaniali ludzie, którzy stają mi na mojej drodze.
Szczęście, to życie z zasadami, nawet jeśli czasem są one niewygodne, to osobliwy, ale własny system wartości, moja własna, odwtrócona piramida potrzeb manslowa, to moje własne tempo, niespieszne, pozwalające przyjrzeć się mijanym chwilom.
Nie ma szczęścia absolutnego, nie ma i dobrze, bo nic tak nie przyspiesza obrastania duszy i mózgu tłuszczykiem samozadowolenia. I z satysfakcją stwierdzam, że biodra tłuszczykiem obrosły, ale dusza wciąż gibka i smukła.
Obejrzycie "Szczęście", może i w was poruszy jakąś strunę, która choć smutna i melancholijna, to jednak piękna i a ton jej bardzo, bardzo prawdziwy.

skomentuj (4)

Niezapominajka 2008-05-20 14:41:03

Nie zapomnisz miła, nie zapomnisz miła... wiatr śpiewnie tańczy po żaluzjach, a ja usiłuję zebrać się i skończyć sprawdzanie prac moich bęcwałków, usiłuję, ale nie wychodzi mi to najlepiej. Żywioł pamięci wkrada się w teraźniejszość, domaga się złożenia daniny, oddania mu sprawiedliwości, zaspokojenia jego żądz.
Oddaję się więc wspomnieniom tych lepszych chwil, spychając w podświadomość te gorsze (z pełną świadomością, że powrócą, ale nie teraz, nie dziś).
Wspomnienia przychodzą chaotycznie, smak sernik na zimno z jagodową galaretką kiedy miałam 8 lat nakłada się na zapach Kenzo D'Ete (nadal choruję na te perfumy) który jeszcze kilka di temu wypełniał moje nozdrza. Czy to przez wczorajszą rozmowę z Anielicą przed oczami staje mi ślub moj i R. w dzień Równonocy, w świętego Jana? Upał z rana a później burza, ściana deszczu i ten wyzwalający krzyk na wyludnionych, spływających potokami wody ulicach, ubranie obklejające ciało i bose stopy dotykające szorstkich płyt chodnika, intensywność na granicy szaleństwa. Moja pamięć zachowuje to co rejestrują zmysły, czas nie zaciera a  gloryfikuje te intensywności sprzed lat: miałki i ciepły piasek na plaży w Wierzchucinie, jędrność czarnych jeżyn, które eksplodują w ustach gdy wepchnie się ich całą garść i gwałtownie zmiażdży zębami, ich słodki sok zalewający kubki smakowe i kapiący po brodzie, zapach powietrza na łące, tuż po sianokosach, pełnego ozonu zapowiadającego letni deszcz, ciepła miękkość koca otulająca zimą moje wiecznie zmarznięte stopy, dreszcz jaki przeszedł gdy przeczytałam pierwszą stronę Pani Dalloway i obezwładniająca zazdrość, że to nie ja ją napisałam, kumkanie żab i szelest trawy, gdy łaziły one wokół naszego namiotu na Mazurach, szybko połykany gorący kubek - pomidorowa, pierwszy posiłek po długim marszu, który R. nazywał "łapaniem stopa" i bezwład ciała, gdy wreszcie opadłam na karimatę, pozwijaną, niewygodną, leżącą na nierównym terenie, ale nie miałam siły by to poprawić. I R. przewijający się nieustannie we wspomnieniach, z tą jego brodą mnicha i humorem rozbójnika. Teraz ulegam fali rozczulenia, R. właśnie wrócił po rozmowie o pracę, nic jeszcze nie wie, ale jest naładowany tak, że powietrze gęstnieje elektrycznością, opowiada, wymienia pytania i swoje odpowiedzi, poszło chyba nieźle, ale krzyżuję palce...

skomentuj (1)

mój rewir 2008-05-13 14:22:52

Mieszkam w oku świata, w pępku kunsztownie zakręconym. Zza okna dobiegają odgłosy życia intensywniejszego niż gdzie indziej. Ilekroć myślę o przeprowadzce i tak myślami krążę wokół tych samych ulic, poetycko-literackich proweniencji i patronatów, bo tylko ty, między zaułkami romantyków przeplatanych pozytywistami mogę odnaleźć rytm niezbędny mi do życia.

Na rogu wieszcza i ojca literatury polskiej stoi facet w wyświechtanym paletku, broda w chaotycznym bezładzie spada mu na pierś, z kieszeni wystaje butelka. Przechodnie mijają go łukiem, nawet niezbyt szerokim, przyzwyczajeni, że to dziwak, ale nie szkodliwy, a on trwa na posterunku, na granicy wypowiedzi, widzę skupienie na jego twarzy i już już… Daj mi nogę, daj mi nogę, daj mi nogę, ja bez nogi żyć nie mogę – buchnęło z jego ust wraz z zapachem alkoholu sprzedawanego na lewo, bez koncesji, bez banderoli, bez gwarancji, że zamiast odprężającego kołysania nie zafunduje nam ostatniej podróży. Przechodnie mijają go, ktoś się zaśmiał. Właściciel chaotycznej brody kłania się nisko po występie i siada na schodku.

To królestwo najbrzydszych na świecie psów – mogłyby wygrywać wszelkie konkursy w tym względzie – które wszak darzone są swoistą miłości i przywiązaniem osób, które ledwie są w stanie utrzymać siebie, ale karmią jeszcze swojego brzydala. Kiedyś widziałam obrazek, który utwierdził mnie w przekonaniu, że symbioza tych ludzi  tych brzydkich psów silniejsza jest niż cokolwiek. Była niedziela, godzina przedpołudniowa. Facet ledwie trzymał się na nogach, jeszcze pijany lub już nietrzeźwy, ale szedł, chwiejnie i bojaźliwie mierząc się z wysokim krawężnikiem i nierównymi płytami chodnika. U jego łydki pałęta się skołtunione siedem nieszczęść, psiak tak brzydki, że rodzący wątpliwości co do genologicznej przynależności. Psiak na szyi ma obróżkę, a kolorowa taśma smyczy spoczywa w ręce jego pijanego właściciela. No Alonzo – rzuca mężczyzna (widać tak się czteronożna pokraka wabiła) – sikaj sobie, o tu zielony krzaczek – podprowadza zwierzę do rabatki – tak, nie będziesz sikał do butów pana, masz krzaczki zielone… Pies wypełnił zobowiązania wobec natury, ale na swoich krzywych nóżkach stał jeszcze niepewnie. No Alonzo, psino, idziemy. Pies stoi. No co tam? Pies popiskuje coś po swojemu, ale właściciel chyba zna ten język, bo chwiejąc się pochyla i ledwie trzymając równowagę podnosi psa i idzie, niosąc go na rękach. Stary psiak, stary, ale wierny, nie Alonzo? – mamrocze i twarz chowa w kudły zwierzaka.

To królestwo najmłodszych matek, nastoletnie brzuchy unoszone na chudych, krzywych nogach nie należą do rzadkości, jak i wózki pchane przez 18-latki z uczepionym spódnicy dwuletnim dzieciakiem.

Nigdzie indziej kobiety nie są tak zniszczone, ale też tak charakterne jak tu, a mężczyźni tak niefrasobliwi ale i tak podlegający żonom, które z zaciętą miną trwają na progu i czekają na tą gorszą połówkę, która wróci ledwo powłócząc nogami. Może ta podległość wynika właśnie z tej przewagi, jaką mają nad pijanymi mężami, kiedy ci bez refleksu i bez sił nim się poorientują już mają oko podbite, a ściera ląduje im na grzbiecie. A że pijani bywają często na okrągło, przewaga żon ma charakter permanentny.

Tylko tu w jednej kamienicy mieszkają studenci, artysta, pijaczek i uniwersytecki adiunkt, którego na inne lokum nie stać. I biednie tu, ale barwnie, nie tak jak w dzielnicy „dobrze ułożonych”…|I tam mieszkałam czas jakiś… Wciąż pamiętam: Dookoła mnie przeciętność taka, że oczy bolą, dusza, jeśli coś takiego

 nie jest moim tylko złudzeniem, jednym z wielu, którymi się karmię, też boli. Przeciętność, która w oczach większości (przeklęta demokracja) jest normą. Szarzy ludzie, szare kwoki, schludne dzieci klnące mi pod oknem, słowa z repertuaru uliczników i więzienia, tu z ust dzieciaków z klasy średniej. Widzę jeszcze te milczące obiadki (podglądałam ich czasem jak ptaki), błękitną łunę telewizora całe popołudnie, czyste i ciche łóżka- miejsca tylko do spania i mam ochotę wyć. Nie żeby mi to przyniosło ulgę, ale by im zrobiło wyłom w perfect day, perfect nothing.

            Dlatego śpiewam pieśń na cześć mojego rewiru, pełnego pijanych poetów dnia codziennego, brzydkich psów, zniszczonych kobiet i wolności, która na skrzydłach ekscentryzmu lata nisko nad ranem. Bo tu nikt nie spojrzy na mnie z tą przyganą „to nie wypada” choćbym nie wiem co zrobiła. Tu ludzie mają swój świat.

skomentuj (2)
Księga Gości